

Jest 1996 rok. Po trzech latach uporczywego stękania, proszenia, „męczenia gitary” mojemu ojcu wreszcie udało się! Zostałem zapisany do mojego pierwszego w życiu KLUBU PIŁKARSKIEGO. Nie bez kozery napisałem z dużych liter, bo w czasach mojej podstawówki gra w klubie piłkarskim stawiała Cię na piedestale podwórkowego życia wśród chłopaków z osiedla. Każdy chciał wejść do szkoły, czy na boisko pod blokiem i móc powiedzieć swoim kompanom z podwórkowych ekip – gram w KLUBIE, gram w Warcie Poznań. To naprawdę było coś!
Bite trzy lata (od pierwszej klasy podstawówki) prosiłem mojego tatę, żeby mnie do tego upragnionego klubu zapisał. Czułem, że jest to coś co chcę robić, a dodatkowo grając w piłkę nożną na WF-ach czy właśnie na podwórku potrafiłem radzić sobie nie tylko z rówieśnikami, ale także ze starszakami – czyli chłopakami ze starszych klas. Moja duma zawsze była łechtana, kiedy Ci zapraszali mnie do wspólnej gry, gdy brakowało im rówieśników do pełnych składów. W tym okresie moje warunki fizyczne były nieco odmienne niż obecnie (kto mnie zna ten wie jakimi warunkami fizycznymi się legitymuje). Na tle rówieśników byłem raczej średniego wzrostu, przez co łatwiej było mi opanowywać pierwsze zdolności koordynacyjno-motoryczne. Kto mnie zna ten pewnie się teraz lekko uśmiechnie, ale w tamtym czasie byłem naprawdę szybki – w szkole uzyskiwałem najlepsze czasy w biegach na 60 metrów, co także ułatwiało mi radzenie sobie w boiskowych warunkach. Dodatkowo miałem to szczęście, że trafiłem w czasie nauczania początkowego na naprawdę wyjątkowego wuefistę – Roberta Dutkiewicza. To jemu zawdzięczam swoją sprawność ogólną, koordynację i wszechstronne ukształtowanie moich szeroko pojętych, sportowych umiejętności. Będę za to wdzięczny Panu Robertowi do końca życia i w tym miejscu chcę mu serdecznie podziękować. To tak naprawdę on zaraził mnie pasją do sportu. Specjalnie nie używam tutaj określenia „piłka nożna” tylko „sport”, gdyż u „Dudka” nie było przysłowiowej „piłki w górę i grajcie” tylko mieliśmy dzięki niemu kontakt ze wszystkim – gimnastyką, biegami, elementami akrobatyki, różnymi dyscyplinami sportowymi oraz sportami drużynowymi itp. Ale jest to temat na inny post, zatem nie będę się tutaj nad tym rozwodził.
Stało się! Zostałem zapisany! Jestem zawodnikiem Warty Poznań. Zielonej potęgi z Wildy. Od tego czasu przez najbliższe 8 lat budynek klubowy przy Drodze Dębińskiej stał się moim drugim domem, a w sercu popłynęła zielona krew. Na pierwszy trening szedłem niezwykle podekscytowany, ale także nieco zestresowany. Wszedłem do szatni pełnej chłopaków. Większość w koszulkach piłkarskich. W korko-trampkach. A ja – zwykła bawełniana koszulka, krótkie spodenki z WF-u i… znane wszystkim czarne trampki z białą podeszwą. Na pewno nie wyglądałem wtedy na gościa, który „ma kiedyś zostać piłkarzem”. Był początek września, a niniejszy pierwszy trening był pierwszym treningiem naborowym do mojego 1986 rocznika. Przez pierwsze kilkanaście tygodni treningowych przez naszą szatnię przewinęło się kilkudziesięciu chłopaków. Trener Jarosław Ciastowski w tym czasie dokonywał selekcji zawodniczej pozostawiając w zespole chłopaków, którzy w tamtym czasie najlepiej rokowali na przyszłość. Pamiętam, że na kilku treningach pojawili się dwaj chłopacy z mojej klasy – Norbert Jaworski oraz Jędrzej Matuszewski, jednak mimo tego, że w warunkach szkolnych dawali sobie radę podczas meczów to już w treningu okazywało się, że są od nich zdecydowanie bardziej sprawni i lepiej operujący piłką zawodnicy i trener ostatecznie im podziękował. Mi udało się utrzymać w zespole i jak się później okazało już z niego nie wyleciałem.
Mimo tego, że był to okres naborowy to w zespole już znajdowało się kilku chłopaków, którzy rozpoczęli treningi dużo wcześniej w roczniku starszym – 1985. W momencie naboru zostali przesunięci do swojego rocznika. Było to bardzo dawno, ale pamiętam, że w szatni na pewno siedział Tomasz Kroenke, na którego wszyscy od początku wołali „Szumacher” oraz Adam Anioła „Anioł”. I tutaj warto nadmienić, że z tą dwójką nasze drogi życiowo-piłkarskie długo się łączyły lub nadal łączą. Z „Szumacherem” nawet studiowałem na jednym kierunku, ale po studiach przeniósł się do Warszawy i nasz kontakt się urwał. Natomiast z „Aniołem” długi czas graliśmy w różnych zespołach seniorskich i do dzisiaj utrzymujemy kontakt.
Po Aniołku i Szumacherze od samego początku było widać, że już są w klubie od jakiegoś czasu i czuli się bardzo pewnie, nadając ton szatni i jakby nie było rządząc nią. Imponowali mi. Ja byłem grzecznym, cichym chłopaczkiem, który przyszedł pokopać piłkę bo to kocha. Jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy jak ważnym aspektem w życiu każdego zawodnika jest szatnia i relacje z pozostałymi zawodnikami – ale człowiek uczy się całe życie, więc i ja się tego z czasem nauczyłem.
Z tego początkowego okresu pamiętam jeszcze takich zawodników jak:
Łukasz Dorna – rozpoczynał przygodę z Wartą jako zawodnik z pola, jednak po jakimś czasie przerzucił się na pozycję bramkarz i przez wiele lat bronił naszej bramki. Jego ojciec bardzo długo był kierownikiem naszego zespołu – pracował w poznańskiej firmie zajmującej się utrzymaniem czystości – Rethmann Sanitech. Dzięki temu mieliśmy kiedyś biało-czerwone stroje z logo firmy na klacie.

Tomasz Papierz – lewonożny, bardzo szybki pomocnik. Na treningi przede wszystkim przywoził go dziadek. Do dziś pamiętam ich Skodę Felicję, którą podjeżdżali pod klub. „Papierzyk” mieszkał na Starołęce i grał z nami przez wiele lat. Niestety nie udało mu się przejść wszystkich szczebli szkolenia młodzieżowego w Warcie.
Rafał Kaseja – w tamtym czasie najwyższy i najmocniej zbudowany zawodnik z całego zespołu. Grał na pozycji napastnika i zdobywał dla nas bardzo dużo bramek. Rafał także nie przeszedł wszystkich etapów szkolenia, kilkukrotnie rezygnując a następnie wracając do naszego zespołu. Po którejś z takich prób zrezygnował ostatecznie.
Tomek Wawrzyniak – mieszkaniec poznańskich Piekar. Jeden z nielicznych chłopaków młodszych od pozostałych o rok (z rocznika 87), który bardzo długo – praktycznie do wieku juniora funkcjonował w naszej drużynie. Razem ze swoim ojcem lubili dodatkowo grać w tenisa i jeździć na rowerze. Kilka lat temu miałem okazję obu widzieć podczas poznańskiego wyścigu rowerowego Bike Challenge na dystansie 120 km.
Jacek … – niestety nie pamiętam nazwiska. Mały, filigranowy napastnik. Skubaniec sprawny jak nikt inny w zespole. Oprócz treningów piłkarskich chodził na gimnastykę artystyczną – salta, gwiazdy i inne akrobacje robił na zawołanie.
„Pele” – podobnie jak Łukasz Dorna rozpoczynał swoją przygodę z Wartą jako zawodnik z pola, aby następnie przerzucić się na bramkę. Niestety nie pamiętam imienia i nazwiska, ale bardzo sympatyczny kolega.
Michał Goderski – także zawodnik młodszy z rocznika 1987. Bardzo długo grał i trenował z nami. Następnie przeniósł się do swojego docelowego rocznika jak ten już został utworzony w Warcie. Mieszkał na Ratajach a jego rodzice prowadzili (i z tego co wiem nadal prowadzą) warzywniak na os. Jagiellońskim. Moi rodzice bardzo często kupowali u nich warzywa i owoce. Z Michałem też mamy sporadyczny kontakt do dnia dzisiejszego, gdyż mamy wspólnych znajomych.
To byli zawodnicy, których pamiętam z początkowych etapów mojej przygody z piłką w Warcie Poznań. Później przez najbliższe 4 lata, podczas których prowadził nas trener Ciastowski przewinęło się wielu zawodników. Jedni zostawali dłużej, inni krócej. Postaram się przybliżyć Wam sylwetki kilku z nich.
Jednym z takich zawodników był Krzysztof Filas. Filek dołączył do naszego zespołu z drużyny rocznika 1985, gdzie trenował razem ze swoim bratem Bartkiem (bramkarzem). Krzychu pochodził z dobrze sytuowanej rodziny. Jego ojciec prowadził stację benzynową na rondzie Obornickim w Poznaniu. Pamiętam jego pierwszy kontakt z naszą szatnią. Wszedł do niej bardzo pewnie, startując z pozycji zawodnika przychodzącego ze starszej grupy. Ciemniejsza karnacja skóry, kolczyk NIKE`a w uchu, markowe ciuchy – taki mam w pamięci pierwszy obraz Filka. Bardzo mocna osobowość zarówno w szatni jak i na boisku. Był prawdziwym liderem od samego początku. Lewa noga, bardzo szybko nauczył się „piłkarskiej zastawki”, którą mądrze wykorzystywał na murawie. Środkowy pomocnik, który kreował nasze poczynania ofensywne. Grał z nami do końca wieku juniora.
Zawodnikiem, który też w tamtym czasie był w Warcie z rocznika 1986 ale grał i trenował z 1984 rocznikiem i w momencie naboru nie przyszedł do nas, tylko pozostał u starszych był mój serdeczny przyjaciel Tomasz Nowacki „Czereś”. Jak się później okazało nasze drogi wielokrotnie się krzyżowały, pokrywały i do dzisiaj łączą – ale to także temat na inny wpis.
W teamie było także trio z Dębca. Mikołaj Anioła „Rusek”, Łukasz Krężel „Maniocha”, Sebastian Jóźwiak „Sebol”. To było trio z serii „nie daj się”. Zapewniali naszej drużynie wiele radości w związku z licznymi zabawnymi sytuacjami z ich udziałem. Myślę, że na wspomnienia zabawnych akcji z tego okresu przyjdzie jeszcze czas. Dlatego tylko pokrótce opowiem o tych „agentach”.
„Rusek” wysoki zawodnik. Całkiem dobry technicznie. Zasłynął w drużynie posiadaniem kolorowych butów marki Diadora. Wszystko byłoby w sumie normalne gdyby nie fakt, że te buty były o kilka rozmiarów za duże. Grał z nami do zakończenia wieku juniora.
„Maniocha” zyskał swoją ksywkę przez swój bardzo „prosty” charakter. Pochodził raczej z biedniejszej rodziny i ewidentnie nie przykładał uwagi do swojej edukacji i rozwoju. Wiem, że zabrzmi to brutalnie ale wielokrotnie robiliśmy sobie z niego jaja a on mimo tego funkcjonował z nami za co był bardzo szanowany. Pokazywało to, że potrafił się śmiać z siebie. Był bramkarzem, ale z tego co pamiętam chyba także zaczynał jako zawodnik z pola.
„Sebol” najkrócej w drużynie z tego trio. Niestety z tego co kojarzę nie kontynuował nigdzie gry seniorskiej i poszedł życiowo w kierunku innej pasji związanej z muzyką.
Był jeszcze „Mały Filek”. Zawodnik o dokładnie takim samym imieniu i nazwisku co opisywany przeze mnie wyżej „Filek”, czyli Krzysztof Filas II. Ksywka „Mały Filek” – bo po prostu był mniejszy niż „Filek”. Bardzo wesoły chłopak i straszny jajcarz. W pewnym momencie uzyskał ksywkę „Filek Butelkarz”, gdyż podczas jednego z wyjazdów na turniej zagraniczny, wyrzucił butelkę plastikową przez szyberdach autokaru na autostradzie. Któryś z jadących za nami kierowców zgłosił temat na policję a ta po kilku kilometrach zatrzymała nas do wyjaśnienia. Na szczęście z tego co pamiętam obyło się bez konsekwencji.
„Jeżol” – Maciej Jeżewski. Zawodnik, który trafił do nas z poznańskich Maczków. Sam podjął decyzję o zmianie barw klubowych, bo chciał spróbować swoich sił w Warcie Poznań. „Jeżol” także bardzo fajny technik, dobrze operujący piłką szczególnie podeszwą – w warunkach halowych był nie do zastąpienia. Ostatnimi czasy nasze drogi zupełnie przypadkowo też się połączyły na polu zawodowym i mamy ze sobą dość częsty kontakt i staramy się pomagać sobie biznesowo w różnych obszarach.
Konrad Komorniczak „Kondziu” – bardzo grzeczny i dobrze wychowany chłopak. Jeden z zawodników o mocniejszej budowie. Niestety także zakończył grę w piłkę przedwcześnie. Wiem, że obecnie prowadzi własną firmą działającą w podobnym obszarze jak moja ale większość swoich działań prowadzi w rejonach Zielonej Górze. Nadal mocno zaangażowany w sport ale w nieco innej formie – z tego co widziałem, także jako sponsor.
Naprawdę, zawodników grających z nami u Trenera Ciastowskiego było bardzo wielu. Nie chcę Was zanudzać wymieniem wszystkich, ale z drugiej strony każdemu chciałbym poświęcić chociaż wspominkę.
W naszej drużynie byli także:
Konrad Pierzchalski – bramkarz z Dębca, trzymał się z „trio z Dębca”. Miałem okazję spotkać go po wielu latach, przypadkowo na weselu mojego przyjaciela.
Aleksander Bogucki – wysoki, blondyn. Zasłynął wynikiem 220 uderzeń serca na minutę na pulsometrze podczas jednego z obozów… podczas truchtu. Oczywiście wynikało to z zakłóceń jakie powodowały pozostałe sportestery, które znajdowały się w pobliżu ale nie zmieniło to faktu, że wprowadziło to dużo „wesołości” u pozostałych zawodników.
W pewnym momencie do zespołu dołączyli też zawodnicy z poznańskiej 13. Były to „transfery wzmacniające”. Byli to Jan Sobkowiak „Rudy”, Artur Przybylak „Psikus” (bramkarz) oraz Kielan (niestety nie pamiętam imienia), a chwilę później Michał Łuczak „Łuczy”. Trzeba otwarcie powiedzieć, że wszystkie te nazwiska były dużym wzmocnieniem naszego zespołu. Najkrócej wytrwał z nami Kielan, ale pozostali grali z nami aż do juniorów.
Maciej Sobolewski „Sobol” – chyba najszybszy zawodnik jaki miał okazję grać w naszym zespole.
Z osób, które jeszcze pamiętam – Michał Lasecki, Bartosz Zgoła, Michał Jaśkowiak, Tomasz Żołądkiewicz „Żołi”, Dawid Pieniak „Piniu”, Tomasz Szymczak „Mały Rudy”, Bartosz Rauhut i na pewno wielu innych którzy przez te pierwsze 4 lata gościli na krócej lub dłużej w naszej szatni. Jeżeli kogoś pominąłem to na pewno nie zrobiłem tego celowo i jeżeli któryś z Was nie został wymieniony to skontaktujcie się ze mną i coś na pewno z tym zrobimy. W późniejszych latach pojawiały się kolejne nowe twarze, ale o nich opowiem w drugiej części tego wpisu.
Wracając jeszcze na chwilę do trenera. „Ciacho” był moim pierwszym trenerem, który prowadził naszą drużynę do 14 roku życia. Blog, który zacząłem pisać ma być moją subiektywną oceną wszystkiego co opisuję, także i tutaj postaram się w jakiś sposób ocenić trenera. Pamiętam jak dziś, że mając 12-13 lat wszyscy chłopacy w drużynie strasznie narzekali na trenera Ciastowskiego. Padały stwierdzenia – Wuefista, niczego nas nie uczy, ciągle gramy a nie trenujemy, że jest za miękki dla nas (w odniesieniu do jego charakteru i osobowości). W tamtym czasie uważałem podobnie i nadal twierdzę, że spaczenie nauczyciela WF-u z tamtych czasów negatywnie wpływało na poziom naszych treningów, ale patrząc z perspektywy obecnych trendów trenerskich – duża ilość gry była dobrą formą treningową. Może zaburzoną przez stosowanie dużych gier z małą ilością kontaktów z piłką, ale zawsze to forma gry, która mocno kształtuje zachowania piłkarskie. Na pewno brakowało specjalistycznego treningu koordynacyjnego/sprawnościowego (ale to miałem na szczęście na WF-ach u „Dudka”) czy techniki specjalnej, które w takim wieku są niezbędne, ale takie były czasy. Na szczęście ten etap w dużej mierze próbował nadrobić kolejny trener, o którym też napiszę w drugiej części.
Trener Ciastowski na pewno nie miał z nami łatwo bo faktem było, że szatnie piłkarskie w tamtych czasach były pełne mocnych charakterów. Chłopacy pochodzili z różnych rodzin/środowisk o czym mogliście poczytać w opisach poszczególnych zawodników powyżej. Dzisiaj mamy zapewne do czynienia z podobnymi zjawiskami, ale w mojej opinii na zdecydowanie mniejszą skalę. Pod koniec lat 90. do Warty trafiali chłopacy z różnych dzielnic Poznania – Wildy, Rataj, Dębca, Starołęki itd. Dzisiaj mając taki rozrost różnych Akademii, Szkółek piłkarskich – gra w klubie możliwa jest praktycznie na każdym orliku nawet pod blokiem, przez co zespoły budowane są z dzieci pochodzących z rodzin o podobnym poziomie społecznym i finansowym co jest determinowane przez zasięg regionalny poszczególnych lokalizacji treningowych. Oczywiście Warta i Lech nadal zbierają najlepszych chłopaków z całego Poznania (i nie tylko), ale wydaje mi się, że za moich czasów w szatni mieliśmy naprawdę niezłą mieszankę wybuchową, której obecne szatnie Akademii Piłkarskich raczej nie doświadczają – jeżeli się mylę to niech mnie ktoś poprawi. Oczywiście opinię opieram na własnym doświadczeniu trenerskim i odnoszę to do sytuacji jaka ma miejsce w prowadzonym przeze mnie zespole. Dla potwierdzenia tezy o mieszance wybuchowej w naszym zespole opowiem Wam tylko jeszcze o dwóch zawodnikach. W Warcie 1986 rocznika trafiły się nam także takie kwiatki jak Mateusz Kotus – z krwi i kości mieszkaniec Jeżyc. Szybko wszyscy przekonali się, że jego charakter kształtuje dzielnica i koledzy z sąsiednich klatek. Opowieści o jego dzielnicowych wybrykach znali wszyscy. Spuszczanie paliwa z samochodów, nocne wojaże ulicami Jeżyc, czy bójki to standardy w jego wykonaniu. Miał jednak chłopak ogromny atut – szybko wszedł w okres dojrzewania i bardzo szybko zyskał warunki fizyczne, którymi robił naprawdę duże zagrożenie w szeregach naszych przeciwników, a do tego potrafił grać w piłkę i strzelać bramki. Do dziś pamiętam jego bramkę z jednego turnieju w Holandii, gdy po rozpoczęciu od środka boiska wziął piłkę i mijając zawodników jednej z niemieckich drużyn (bodajże Borussi Mönchengladbach – jeżeli nie, to chłopacy na pewno mnie poprawią w komentarzach) jak tyczki zdobył bramkę. Niestety mimo wielokrotnie wyciąganej do niego ręki przez trenerów i klub, Mateusz wybrał inne życie i niestety nikt nie wie co się z nim teraz dzieje. Drugi ananas – Mariusz Kałka ksywka „Buszmen” – gość tego samego pokroju. Raczej trudna sytuacja rodzinna, pozostawiony sam sobie, a dzielnica i chłopacy „spod bloku” kształtowali jego osobowość. Super zawodnik. Dołączył do nas później, ale już na pierwszym treningu pokazał, że umie grać w piłkę – szybki, zwrotny, waleczny i piłka się go słuchała. Niestety środowisko w jakim się obracał i nie „ta głowa” sprawiły, że chłopak też szybko skończył grać w piłkę i zniknął. Mógłbym pewnie znaleźć jeszcze kilka innych przykładów ale te najbardziej utkwiły mi w pamięci dlatego je opisałem.
W tamtych czasach mieliśmy mocną paczkę walczącą w ligach swojego rocznika zawsze o najwyższe lokaty. W tym czasie mieliśmy okazję uczestniczyć w kilkunastu turniejach ogólnopolskich oraz zagranicznych (zarówno na boiskach naturalnych jak i na hali), w których zawsze osiągaliśmy dobre rezultaty. Turnieje w Ciechanowie, Dobiegniewie, Krakowie, Koninie, a za granicami kraju we Francji i Holandii były naprawdę fajną przygodą, którą zawszę będę wspominał z sentymentem.




Tym kończę pierwszą część wpisu o mojej przygodzie z Wartą Poznań. W drugiej części zaprezentuje Wam jak to wszystko wyglądało w ostatnich juniorskich 4 latach przygody z Zieloną Potęgą… Zapraszam Was już teraz także i do tego wpisu.