

Pisząc ostatni wpis na blogu, który jest pierwszą częścią historii o moich początkach w Warcie Poznań wspomniałem tylko zdawkowo o osobie, która jest jedną z najważniejszych osób w moim życiu osobistym i miała ogromny wpływ na to, że w ogóle w piłkę kopię po dziś dzień. O kim mówię? Oczywiście o moim tacie – Andrzeju! Dlatego pozwólcie, że drugą część historii o czasach Warty Poznań poprzedzę wpisem poświęconym właśnie mojemu tacie. Myślę, że ten wpis będzie nie tylko fajnym łącznikiem tematu warciańskiego, ale także możliwością podziękowania tacie za jego wkład w ten obszar mojego życia.
Mój ojciec (wiem, że słowo „ojciec” brzmi poważnie, ale już jako nastolatek tak zacząłem mówić do swojego taty i pozwólcie, że będę w tym wpisie używał tego stwierdzenia) tak jak Wam wspominałem wcześniej musiał przez 3 lata wysłuchiwać moich błagań o to, żeby zapisać mnie do klubu piłkarskiego. W końcu osiągnąłem swój cel i tata zaprowadził mnie na pierwszy trening w Warcie Poznań. Wydawało mi się wówczas, że robi to tylko dlatego, żebym dał mu spokój i żebym mógł wreszcie zderzyć moje marzenia z rzeczywistością.
Wytrwałość mojego taty w wożeniu mnie na treningi i łapane kontakty wśród pozostałych rodziców, trenerów a w późniejszym czasie także działaczy oraz coraz większe zainteresowanie samą dyscypliną jaką jest piłka nożna sprawiły, że sam złapał bakcyla i zaczął coraz bardziej angażować się w życie klubu i naszej drużyny. Być może fakt, że w czasach studenckich też aktywnie grał jako bramkarz w drużynie szczypiorniaka Politechniki Poznańskiej sprawił, że głód sportowy został w nim wyzwolony właśnie w takiej formie. Ostatecznie doprowadziło to do objęcia przez mojego ojca funkcji kierownika naszego zespołu. Nastąpiło to jeszcze za czasów naszego pierwszego trenera Jarosława Ciastowskiego (pierwszym kierownikiem naszego teamu był tata Łukasza Dorny), ale przeważającą część tej funkcji sprawował przy boku naszego drugiego trenera Andrzeja Żurawskiego.

Wiem, że każdy będzie zachwalał swojego tatę i powiecie, że jestem mało obiektywny, ale muszę przyznać, że osoby tak zaangażowanej i tak skrupulatnej w tym co robił na stanowisku kierowniczym przy drużynie piłkarskiej można by ze świecą szukać. Zawsze wszystko musiało być przygotowane pod linijkę. Karty zdrowia w jednym miejscu, sprawozdania meczowe w innym, statystyki z poszczególnych meczy w jeszcze innym, zgłoszenia zawodników do związku w kolejnym. A wszystko to podzielone na poszczególne sezony i rundy. Zawsze wszystko było na tip-top i trenerzy nie musieli się tymi sprawami w ogóle zajmować. Swoje obowiązki traktował jak pasję i wykonywał je społecznie – bo to po prostu pokochał.

Wielokrotnie zastanawiałem się, czy tata nie wkręcił się w to całe przedsięwzięcie zwane piłką nożna bardziej ode mnie. Nawet kiedy moje drogi z Wartą Poznań ostatecznie się rozeszły to on nadal tam trwał i nadal bardzo żyje sprawami klubu z poznańskiej Wildy. Dlatego śmiem twierdzić, że w jego żyłach płynie zdecydowanie więcej zielonej krwi niż w moich. Aż ciężko opisać wszystko co robił mój ojciec dla klubu z Drogi Dębińskiej. Wiem o takich sprawach jak pozyskiwanie różnego rodzaju dotacji ze wszystkich możliwych źródeł na lepsze funkcjonowanie sekcji dziecięcych i młodzieżowych klubu. O dbaniu o boiska, na których trenowały grupy młodzieżowe. Sam kilkukrotnie pomagałem mu rozstawiać na boisku miedziane rury będące przenośnym systemem nawodnieniowym boiska w tamtych czasach. Niestety nie mieliśmy wtedy komfortu w postaci wyjeżdżających spod ziemi, automatycznych zraszaczy do trawy. Wszystko trzeba było rozstawiać ręcznie i przenosić kilkukrotnie aby swoim zasięgiem objęło całe boisko. Dzięki temu mogliśmy trenować na boisku, które na tamte czasy prezentowało się naprawdę dobrze.
Konikiem Andrzeja Ratajskiego była jednak wzorowa organizacja i statystyki. Każdy mecz miał rozłożony na cząstki pierwsze. Minuty rozegrane przez poszczególnych zawodników, bramki, asysty itp. W jego stosie tabelek można by znaleźć wszystko. Osobna tabelka z terminami badań poszczególnych zawodników, aby tylko nie przegapić ważności karty zdrowia, co groziło walkowerem. Oczywiście nigdy do takiej sytuacji nie doszło. Na turniejach także zawsze wzorowo opracowane tabelki z wynikami wszystkich spotkań nawet tych z innych grup nie dotyczących w ogóle naszego zespołu, ale po zakończonym turnieju wszystko musiało się domykać perfekcyjnie.

Pamiętam nawet, że gdy skończyłem wiek juniora i rozpocząłem grę na poziomie seniorskim to mój ojciec prowadził tabelkę, w której wpisywał każdy mecz z moim udziałem. Wpisywał ilość minut jakie rozegrałem i czy udało mi się strzelić bramkę czy nie. Jestem ciekawy czy ta tabelka nadal jest prowadzona.
Nie chciałem pytać taty o to jakimi statystykami dysponuje do dnia dzisiejszego, bo wówczas zdradziłbym się z tym, że chcę napisać o nim. Tymczasem chciałem, żeby ten wpis był dla niego niespodzianką. Po jego publikacji na pewno poproszę ojca, żeby pokazał mi wszystko co ma w swoich archiwach i postaram się Wam podrzucić kilka fotek/skanów aby pokazać skrupulatność działania Kierownika Andrzeja.
Chwile zwątpienia
Myślę, że jak każdy zawodnik funkcjonujący w drużynie piłkarskiej miałem swoje chwile zwątpienia i niechęci do dalszego trenowania. W tych momentach zawsze przychodził ze stanowczą reakcją mój tata. Zawsze był stanowczą osobą i myślę, że budził respekt nie tylko w moich oczach, ale także i w oczach pozostałych chłopaków w drużynie. Każdy kto grał w piłkę, wie jak specyficznym miejscem jest szatnia piłkarska i jaką trzeba mieć mocną psychikę, żeby w niektórych momentach w niej wytrzymać. Tak jak wspomniałem chwilę wcześniej – ja także miałem chwile zwątpienia i z dwa czy trzy razy powiedziałem tacie, że nie chcę już grać w piłkę, już nie chcę być w tym zespole. Mój tata używał prostych stwierdzeń: „tak o tym marzyłeś, a teraz przez jakąś błahostkę chcesz po prostu odpuścić?”, „jak się czegoś podejmujesz to musisz to doprowadzić do końca a nie odpuszczasz!”, „jak zrezygnujesz to pokażesz innym, że mieli rację!” itd. Niby proste i sztampowe stwierdzenia, ale wypowiedziane w sposób stanowczy i z tą charakterystyczną tonacją głosu naprawdę na mnie działały. Nigdy nie byłem zmuszany do tego, żeby iść na trening czy kontynuować grę w piłkę na siłę, bo tak tata chce. Ale mój tata dobrze wiedział, że jeżeli się nie podejmie rękawic i nie pójdzie się w myśl zasady „jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć B” to nie wykształci się we mnie samozaparcia i mentalności zwycięzcy. Z perspektywy czasu bardzo doceniam taką formę wsparcia, bo dzięki temu gram w piłkę nożną do dnia dzisiejszego i przeżyłem mnóstwo fantastycznych chwil, którymi mogę się teraz z Wami dzielić na tym blogu.
Jedynym zakazem jaki dostałem od taty to zmiana pozycji na bramkarza. Tak! Miałem moment w swojej przygodzie, gdzie wpadł mi do głowy taki pomysł. A wszystko wzięło się od różnego rodzaju form zabawowych na turniejach, obozach, wyjazdach. Lubiłem w takich formach wchodzić do „kasty” i największy fun sprawiały mi zawsze parady podczas strzałów wykonywanych z daleka. Zawsze byłem sprawny i skoczny, więc sprawiało mi to ogromną satysfakcję. Dodatkowo chłopacy z szatni zasiewali ziarnko niepewności pytając retorycznie, czy może nie zostałbym bramkarzem?! Po kilku takich sytuacjach poszedłem, więc do taty i spytałem czy mógłbym zmienić pozycję na bramkarza. Odpowiedział: „co Ty za głupie pomysły masz. Tyle lat grasz w polu i tyle czasu poświęciłeś na doskonalenie gry na pozycji obrońcy, a teraz chcesz zmieniać pozycję?!” Uznał to za moją fanaberię. Pewnie i tak to trzeba nazwać – bo moja świadomość piłkarska w tamtym czasie była raczej mała, a sama sytuacja wynikała z zachłyśnięcia się chwilą. Patrząc jednak z perspektywy czasu uważam, że ta zmiana mogła być dla mnie korzystna. Ostatecznie warunki fizyczne mam nienajgorsze, skoczność, refleks i sprawność ogólną miałem zawsze na wysokim poziomie – brakowało jedynie specjalistycznego treningu bramkarskiego i nauczania techniki bramkarskiej i kto wie… może teraz byłbym tam gdzie Wojtek Szczęsny, Artur Boruc czy Łukasz Fabiański (hahaha – śmiech). Oczywiście nie ma co gdybać i tak na serio to nie żałuje tego, że pozostałem przy swojej pozycji i że mogę grać dzisiaj jako obrońca.
Respekt
Pisałem już o tym, że mój tata wzbudzał respekt wśród chłopaków z szatni i raczej nikt mu nie podskakiwał, a sami zawodnicy darzyli go szacunkiem (przynajmniej takie mam subiektywne odczucia). Przypomina mi się jedna sytuacja z jakiegoś turnieju, czy obozu. Cała ferajna z naszego zespołu latała po pokojach i się wydurniała. Już nie pamiętam dokładnie co robiliśmy, ale biegaliśmy między pokojami i robiliśmy jakieś durne wygłupy charakterystyczne dla wieku nastolatków. Zbliżała się godzina ciszy nocnej, więc mój ojciec jako kierownik wyszedł do nas, żeby nas uspokoić i poinformować, że zbliża się cisza nocna i mamy siedzieć już w swoich pokojach. Część posłuchała, część nie. Na tapecie znalazł się wspomniany już przeze mnie Mariusz Kałka „Buszmen”, któremu nie bardzo chciało się słuchać poleceń kierownika i dalej uprawiał harce, z jakąś małą grupką innych zawodników. Pech chciał, że podczas wyłonienia zza drzwi swojego pokoju i chęci pokazania kolegom z sąsiedniego pokoju środkowych palców (każdy wie oczywiście o jaki gest chodzi) natrafił pechowo na kierownika Andrzeja i skierował gest w jego stronę. Reakcja była natychmiastowa i otwarta dłoń z dość sporą siłą wylądowała w okolicy twarzy Buszmena. Kiero zapewne chciał złapać Buszmena za koszulkę, ale przez dynamikę sytuacji wyszedł „plaskacz”. Kto zna mojego tatę to wie, że facet raczej potężny w budowie, więc siła razy masa zrobiły swoje. Buszmen zawinął się szybko do pokoju i już do końca obozu/turnieju nie świrował. Samo zdarzenie zrobiło taki szum w całej drużynie, że każdy przychodził do mnie i mówił, że ale Twój tata pokazał Buszmenowi. Od razu czuć było „respect”. A jednocześnie całym zdarzeniem kierownik szybko wyrobił sobie pozycję wśród chłopaków i każdy wiedział, że nie warto podskakiwać. Oczywiście odruch był bezwarunkowy i zapewne nie do końca zamierzony, ale wyszło jak wyszło, a patrząc z perspektywy wszystkich zachowań Buszmena – należało mu się. W dzisiejszych czasach pewnie cała sytuacja zakończyła by się awanturą – chłopak poleciałby do rodziców i oskarżył o pobicie czy coś, ale nie w naszych czasach. Wtedy panowały inne zasady, a chłopacy mieli inne charaktery. Buszmen wiedział, że przegiął gitarę i był świadomy za co „dostał bęcki”, więc przyjął wszystko na klatę i jechaliśmy dalej wszyscy na jednym wózku.

Buty
Temat butów piłkarskich chcę poruszyć w odniesieniu do Andrzeja Ratajskiego jako mojego taty a nie kierownika zespołu. Ta kwestia często doprowadzała do wielu sporów między nami. Ja – wiadomo, młody zawodnik zawsze chciałem mieć najlepsze buty w drużynie. Tata jako racjonalnie myśląca głowa rodziny patrzył na zakup obuwia sportowego pod kątem dostępnego budżetu. I dochodziliśmy do ściany – ja chciałem najnowszy model, który mają najlepsi zawodnicy – tata twierdził, że co to za różnica w jakich butach się gra bo i tak o „najlepszości” decydują umiejętności, a nie obuwie. Niby słuszne podejście, ale każdy zawodnik wie jak ważnym elementem, w uprawianiu tej dyscypliny sportu, są buty. I tak swoją przygodę zacząłem we wszystkim dobrze znanych trampkach (czarnych z białą podeszwą – pisałem o nich w poprzednim wpisie). Później dorobiłem się „kornerów” – czarnych korkotrampków z białymi wstawkami. Później przyszła pora na bardziej nowoczesne korkotrampki czarno-czerwone z napisem FOOTBALL na bokach. Pierwsze prawdziwe skórzane buty – były to buty marki Adidas. Kosztowały sporo kasy, więc tata powiedział, że mam wziąć większe i tak też zrobiłem. Nie dość że grało mi się w nich fatalnie to jeszcze mnie obcierały, więc wylądowały w szafie. Kiedy okazało się, że buty są już dobre, przestały obcierać. Przypadło to jednak na okres wakacyjny, kiedy nie mieliśmy treningów w klubie, więc wychodziłem w nich na osiedle i całymi dniami biegałem w nich po betonowym boisku szkolnym. Korki zniszczyłem w miesiąc. Później przyszła kolej na czarne skórzane korki z łyżwą – czyli marki Nike. To był sztos. Były oczywiście ciut większe, ale już nie obcierały i grało się w nich naprawdę dobrze. Tata w późniejszych czasach próbował mi zawsze pomóc w załatwieniu butów przez osoby działające w branży handlującej sprzętem sportowym – bo takie znał. I to dzięki niemu mogłem swojego czasu pochwalić się butami Predator Mania, które do dnia dzisiejszego uważam, za najlepszy model jaki kiedykolwiek miałem na swoich nogach. Był to już okres juniorów, a same buty kosztowały 350 zł (wtedy była to kupa kasy) a i tak udało się załatwić je taniej, bo normalnie w sklepie kosztowały ok. 500 zł. W kwestii butów to pamiętam też jedną „super okazję” jaką tata złapał dla mnie. Mówi – mam syna grającego na obronie, a obrońca musi mieć sztole (buty z wkręcanymi, metalowymi korkami) i takie mi kupił. Okazja – za 100 zł. Były to buty Lotto. Niby skórzane, niby wygodne, ale zagrałem w nich tylko jeden mecz i wylądowały w szafie. Czucie piłki zerowe, a po za tym ja nigdy nie lubiłem grać w „metalkach”. Nie jeden trener złapałby się za głowę – jak? Środkowy obrońca w laneczkach? Z resztą nie raz tego wysłuchiwałem, ale nigdy nie przekonałem się do butów z metalowymi korkami. Po prostu grało mi się w nich niekomfortowo i tyle.

Jesteś synem kierownika – dlatego grasz!
Wielokrotnie słyszałem to stwierdzenie. Osobiście uważam, że wynikało to z zawiści lub zwykłej ludzkiej zazdrości. Nigdy nie poprosiłem mojego taty, aby poszedł do trenera i załatwiał mi cokolwiek, a i znając mojego ojca – nigdy sam z siebie też tego nie zrobił. Fakt – praktycznie na wszystkich szczeblach na jakich miałem okazję grać to faktycznie grałem. Ławkę grzałem bardzo rzadko, ale zdarzało się i to. Zapytany jednak o to czy fakt, że mój tata był kierownikiem ułatwiało mi grę w zespołach młodzieżowych Warty odpowiedział bym bez wahania, że TAK. Ale nie dlatego, że pomagał mi i załatwiał miejsce w składzie, ale dlatego, że właśnie przez takie opinie musiałem jeszcze więcej dawać od siebie, żeby udowodnić tym osobom, że się mylą. Także dzięki temu przykładałem się do każdego treningu i meczu jeszcze bardziej niż inni. Podchodziłem do swoich piłkarskich obowiązków w sposób jeszcze bardziej ambitny. Pozwoliło mi to wypracować wewnętrzną potrzebę podchodzenia do treningu za każdym razem na 100% tak, jakby to był mecz o mistrzostwo świata. Boli mnie podejście obecnej młodzieży, z którą miałem lub mam okazję grać przez ostatnich kilka lat. To jak niektórzy wykonują swoje obowiązki piłkarskie po najmniejszej linii oporu – kiedyś byłoby nie do pomyślenia. To też jest jednak temat na osobny wpis.
Odnośnie tego stwierdzenia, to także w jednym z zespołów seniorskich spotkałem się z podobnym przypadkiem. Grałem wówczas w Lechicie Kłecko w IV lidze. Podczas jednego ze sparingów w trakcie rozbiegania podbiegł do mnie Jakub Ostrowski – bardzo doświadczony zawodnik, którego szanuję nie tylko za poczynania boiskowe, ale także za dotychczasową pracę trenerską. Kuba objął niedawno posadę trenera III-ligowego Mieszka Gniezno i trzymam za niego mocno kciuki. Wracając do tematu. Podbiegł do mnie Jakub i powiedział, żebym przekazał tacie, żeby nie stał w czasie meczów/sparingów obok ówczesnego trenera Lechity – Tomka Mazurkiewicza (obecnie asystenta selekcjonera kadry Polski – Jerzego Brzęczka). Mój ojciec znał „Mazura” jeszcze z czasów mojej gry w Warcie, gdzie przez pewien moment Trener Tomasz był asystentem Trenera Żurawskiego. Podobno źle to wyglądało z punktu widzenia reszty zespołu i podobno chłopacy zaczęli przebąkiwać, że gram z tego względu, że mój tata zna się z Mazurem. Dzięki radzie doświadczonego kolegi podjąłem rozmowę z tatą, który przyjął to ze spokojem i zastosował się do prośby. Ja oczywiście znów grałem praktycznie wszystkie mecze.
Znajomości Andrzeja
Każdy kto grał w piłkę obojętnie na jakim poziomie wie, że funkcjonowanie w tym środowisku wiąże się z nawiązywaniem wielu różnorodnych kontaktów. Zawodnicy poszczególnych klubów znają się między sobą. Znają sędziów, trenerów innych zespołów, działaczy, prezesów. Im dłużej w tym siedzisz, tym więcej osób znasz. Moja żona się ze mnie śmieje, że ze mną nie można nigdzie wyjść w miejsce publiczne w Poznaniu bo za każdym razem spotkam kogoś znajomego ze światka piłkarskiego.
Podobnie jest z moim tatą. Wkręcając się w piłkę nożną w Warcie, wkręcił się w to środowisko i zna naprawdę wielu ludzi działających w tej branży. Zna wielu trenerów, innych działaczy, osoby związane z Wielkopolskim Związkiem Piłki Nożnej itd. O kim tylko nie wspomnę, to tata najczęściej albo zna osobiście albo kojarzy.
Po moim debiucie na boiskach III ligi w barwach Warty Poznań (było to w sezonie 2004/05, gdy byłem jeszcze zawodnikiem juniorów starszych i wszedłem na boisko na zmianę taktyczną w 89 minucie meczu – śmiech hahahaha) do mojego taty podszedł Włodzimierz Bajer – wieloletni trener kadry Wielkopolski mojego rocznika, który nigdy mnie do kadry województwa nie powołał i pogratulował debiutu syna. W drodze do domu tata powiedział mi o tym i czułem, że jest dumny nie tylko ze mnie, ale także z tego, że osoby ze środowiska to zauważyły (a był to w moim wykonaniu, nie oszukujmy się mało znaczący epizod – ale był).
Myślę, że to działa w dwie strony. Jeżeli Ty znasz wielu ludzi ze środowiska, to także wielu innych ludzi z tego środowiska Cię kojarzy. Wiem, że wiele osób zna lub kojarzy mojego ojca. Wielokrotnie jestem pytany przez przypadkowo spotkanych ludzi – co tam u taty? Działa jeszcze w Warcie? Pokazuje to, że pozostawił on swój duży ślad w tym naszym regionalnym świecie piłki nożnej.
„Kiero” Andrzej teraz
Tata działał bardzo prężnie w Warcie jeszcze przez kilka lat po moim rozstaniu z Zieloną Potęgą. Szczególnie wspomagał Trenera Żurawskiego w działaniach związanych z drużynami młodzieżowymi. Po odejściu Trenera Żurawskiego także i mój tata zaczął odsuwać się od czynnego działania na rzecz klubu. Mimo tego nadal jest bardzo blisko klubu, interesuje się jego losami, jest w stałym kontakcie z ludźmi, którzy byli i są związani z zielonymi. Ostatnio przy okazji świąt Bożego Narodzenia wspominał, że telefonicznie składał sobie życzenia z gospodarzem klubu z moich czasów – Romanem Półrolniczakiem. Tyle lat minęło, Pan Roman od kilku lat już nie pracuje w Warcie, a podobno co roku dzwoni do mojego ojca z życzeniami – jest to coś niesamowitego.
Mojego tatę nadal można spotkać na meczach Warcinki przy Drodze Dębińskiej i to nie tylko podczas zmagań drużyny seniorów, ale także w trakcie meczów drużyn rywalizujących na poziomie Centralnej Ligi Juniorów. Za każdym razem, kiedy Warta wygrywa tata się mega cieszy. Jest to dla niego ważne, bo w końcu Wartę ma w sercu.
Dotychczas jeździł też bardzo często na moje mecze. Nawet po kilkaset kilometrów np. do Janikowa na mecze z Unią, czy Pakości z Notecianką itd. Obecnie także pojawia się na moich spotkaniach na ul. Polnej 1 w Dopiewie. Śmiejemy się jednak, że ostatnio jest „żabą”, bo jak tylko się pojawia na stadionie to my nie możemy wygrać. Mogę śmiało powiedzieć i jestem z tego dumny, że mój tata był ze mną praktycznie zawsze podczas mojej piłkarskiej drogi i wiem, że zawsze mogłem na niego liczyć. Pomagał mi w taki sposób, żebym uczył się na swoich błędach oraz swoimi działaniami wyzwalał we mnie dodatkowe pokłady ambicji, żebym mógł być tu gdzie jestem. W dużej mierze to dzięki niemu mogłem dwukrotnie świętować awanse do III ligi z dwoma różnymi drużynami, cieszyć się z tytuły najlepszego zawodnika III ligi w swoim zespole i przeżyć te wszystkie piłkarskie przygody.
Kończąc ten wpis chciałbym zadedykować mojemu tacie słowa piosenki O.S.T.R, którą bardzo lubię i często słucham – „All My Life”. O.S.T.R w jednej ze zwrotek śpiewa:
Nierozerwalna więź, do końca życia będę
Częścią Twojej krwi
Tato, nie martw się
To ja, Twoje odbicie w drodze na sam szczyt
Tato tym wpisem dziękuję Ci i oddaję Tobie swoistego rodzaju hołd. Zawsze byłeś i jesteś dla mnie autorytetem, od którego brałem przykład i to co osiągnąłem nie tylko na boisku, ale także w życiu osobistym to w głównej mierze Twoja zasługa. Jesteś bardzo ważną osobą w moim życiu.
Kocham Cię Tato!