

Tak jak zapowiadałem w poprzednim wpisie Panowie Piłkarze – prolog seria wpisów o Panach Piłkarzach, z którymi miałem styczność w swojej przygodzie z piłką, będzie realizowana chronologicznie. Dzisiaj chciałbym Wam przedstawić pierwszego PIŁKARZA, na którego trafiłem kończąc wiek juniora w Warcie Poznań. Co prawda nie opiszę tutaj zawodnika, a Trenera pod skrzydła, którego trafiłem, ale uznaję postać Jarosława Araszkiewicza za rozpoznawalną i bardzo ważną w historii polskiego futbolu. No to zaczynamy!
Legenda poznańskiego Lecha, a mój pierwszy trener w piłce seniorskiej w Warcie Poznań. Pięciokrotny Mistrz Polski i dwukrotny zdobywca Pucharu Polski z Lechem Poznań, 15 razy przywdziewał koszulkę Reprezentacji Polski. Uczestnik Europejskich Pucharów – występował chociażby w meczach przeciwko Barcelonie czy Liverpoolowi. W polskiej Ekstraklasie rozegrał blisko 300 meczów. Zdobył w nich 53 bramki. Reprezentował barwy Lecha Poznań, Legii Warszawa, Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski i Pogoni Szczecin. Grał w zagranicznych klubach w Turcji, Niemczech i Izraelu. Po zakończeniu kariery piłkarskiej rozpoczął prace trenerską. Z ławki trenerskiej prowadził m.in. Wartę Poznań, Sandecję Nowy Sącz, Pelikana Łowicz, Kolejarza Stróże, Olimpię Elbląg czy Jarotę Jarocin.
Trafiłem pod skrzydła Trenera Araszkiewicza będąc jeszcze ostatni rok zawodnikiem juniorów Warty Poznań. Wówczas ja i jeszcze kilku innych juniorów trenowało w ciągu tygodnia z drużyną seniorów, a w weekendy „schodziliśmy” na mecze do drużyny juniorów. Byliśmy jednak zgłoszeni także do rozgrywek III ligi i właśnie w tym czasie udało mi się zadebiutować na boiskach starej III ligi.

„Araś” był trenerem potrafiącym wprowadzić w szatni „atmosferkę”. Wchodząc do szatni zawsze rzucał jakimś żartem lub ciągnął z kogoś szyderkę. Ewidentnie przejmował pałeczkę i wiódł prym w budowaniu fajnego, wesołego klimatu szatni. Zawsze… kiedy był wynik 😜 Moim ulubionym tekstem było: „Jak ta koszulka/spodnie będą stare to mi je opierd*****”. Zwracał się tak zawsze do zawodnika, który przyszedł w jakimś elemencie garderoby, który wyróżniał się i rzucał się w oczy na tle innych ubiorów lub faktycznie był już na tyle stary, że nadawał się do wyrzucenia 😜
Gdy wyniku jednak nie było potrafił np. przekazać prowadzenie treningu asystentowi (wówczas był to Czesław Owczarek), a sam z czapką z daszkiem spuszczoną na oczy cały trening przesiedział na ławce rezerwowych i nie odezwał się do zespołu słowem. Wydaje mi się, że w takich momentach odzywała się w Trenerze złość piłkarska i w taki sposób próbował odreagować wewnętrznie niepowodzenie zespołu.
O impulsywności trenera po porażce meczowej, przekonałem się także na własnej skórze. Graliśmy mecz Pucharu Polski na szczeblu okręgu/województwa i naszym rywalem był grający w lidze okręgowej (dwie ligi niżej niż my) Promień Remes Opalenica. Niech nikogo nie zmyli różnica dwóch lig. Wówczas trenerem Promienia był Jurij Szatałow, a w kadrze zespołu z Opalenicy grały takie nazwiska jak: Sławomir Suchomski, Łukasz Rewers, czy Dmytro Koszakow. Zespół w swojej lidze nie miał sobie równych i pewnie awansował do wyższej klasy rozgrywkowej. W latach późniejszych grając w barwach Sparty Oborniki toczyliśmy z Promieniem walkę o awans do III ligi. Trener Araszkiewicz desygnował na ten mecz chyba sześciu czy siedmiu juniorów w pierwszym składzie. No i do przerwy przegrywaliśmy 2-0 (przy jednej z bramek popełniłem rażący błąd). W przerwie, w szatni oberwało się nam i to solidnie. Myślałem, że Trener z gniewu eksploduje. Wykorzystał natychmiast komplet zmian i jedyne co udało się w tym meczu zdziałać to zdobyć bramkę kontaktową (strzelił ją bodajże Tomasz Lewandowski). Porażka 2-1, a po meczu wściekły „Araś” oznajmił, że wszyscy juniorzy od następnego treningu wracają do zespołu juniorów – taka mała banicja 😜
Równowaga w naturze musi jednak być. Po meczu z Opalenicą był zasłużony „opierdol”, ale zdarzył się także moment, gdy zostałem przez Trenera Araszkiewicza „niejako” wyróżniony. Miało to miejsce w letnim okresie przygotowawczym. Ja zakończyłem już wiek juniora i miałem pójść na wypożyczenie do Lechity Kłecko z ligi okręgowej. Zespół ten jednak nie wznowił jeszcze treningów, więc uzyskałem od Trenera Araszkiewicza zgodę na trenowanie z seniorami Warty do momentu, aż mój nowy zespół nie rozpocznie swoich przygotowań. W trakcie tego okresu rozgrywaliśmy mecz kontrolny z Lechią Gdańsk na boisku dawnej Olimpii Poznań na poznańskim Golęcinie. Oczywiście w związku z tym, że nie byłem brany pod uwagę w kontekście kadry na ligę, zostałem zabrany na ten sparing tak po prostu – nawet nie wiedziałem czy wejdę na boisko. Trener Araszkiewicz dał mi jednak zagrać ostatnie 15-20 minut. Wszedłem na boisko za Czesława Owczarka przy stanie 0-1 dla Lechii. Udało mi się w tym krótkim czasie zaliczyć kilka kluczowych przechwytów i zagrań, z których dwa zakończyły się bramkami dla nas i ostatecznie wygraliśmy ten mecz 2-1. Po meczu Trener Araszkiewicz ogłosił wszem i wobec, że nie ma mowy, żebym szedł do klubu z niższej ligi na wypożyczenie i zostaje z nimi w I zespole Warty Poznań. Cieszyłem się jak dziecko. Moja radość nie trwała jednak zbyt długo. Dokończyłem z zespołem okres przygotowawczy. W I kolejce sezonu 2005/06 usiadłem na ławce w meczu przeciwko Unii Janikowo zremisowanym 0:0. W II i III kolejce „Araś” nie wziął mnie nawet do kadry meczowej i wówczas ponownie wrócił temat wypożyczenia do innego klubu. Lechita prowadzony wówczas przez Tomasza Mazurkiewicza (ostatnio asystenta selekcjonera Reprezentacji Polski Jerzego Brzęczka) zamknął już jednak kadrę, więc ta opcja na tamten czas upadła. Ostatecznie udało się ogarnąć wypożyczenie do Victorii Września (IV liga wielkopolska). Do zespołu z Wrześni dołączyłem na jeden trening przedmeczowy i od razu wybiegłem w I składzie w meczu III kolejki przeciwko Prośnie Kalisz. Jakby tego było mało zdobyłem w nim swoją pierwszą bramkę w przygodzie z seniorską piłką. W tym miejscu chciałbym podziękować Tomaszowi Krzyżkowiakowi, który przy jednym rzucie rożnym powiedział mi na ucho, że mam „zamknąć” na długim słupku to dośrodkowanie. Tak zrobiłem. Piłka trafiła prosto na moją głowę i wyprowadziłem zespół na prowadzenie 2-1. Mecz ostatecznie wygraliśmy 3-1. Wracając do Jarosława Araszkiewicza.
Utkwiły mi także w pamięci dwa treningi z Trenerem Araszkiewiczem. W pierwszym z nich mieliśmy w jednym z ćwiczeń wykonać przerzut piłki po przekątnej na drugą stronę boiska, żeby zmienić ciężar gry. Miało to miejsce jak miałem 17 lat i nadal byłem juniorem. W związku z tym, że nominalnie grałem wtedy na pozycji prawego obrońcy to to zadanie miałem wykonywać wielokrotnie podczas tego treningu. Problem był tylko jeden… Nie byłem w stanie wykonać go prawidłowo bo odległość jaką piłka miała pokonać była nie do osiągnięcia przeze mnie. Nie miałem wówczas jeszcze takiej „pary w nogach”. Próbowałem raz, drugi, trzeci… Piłka za żadną cholerę nie chciała dolecieć. W końcu „Araś”, poirytowany moją nieporadnością, wziął piłkę i ustawił się na mojej pozycji. Delikatnie trącił futbolówkę, aby ta się toczyła i wykonując słynne uderzenie „z kolana” posłał futbolówkę w punkt. Piłka pokonała przynajmniej z 50-60 metrów. Skwitował to zagranie tekstem: „Widzisz Młody, tak to się robi…” Podjąłem kolejne próby, ale niestety pokaz Trenera nie mógł wpłynąć w przeciągu kilku sekund na moc mojego uderzenia. Trener już zupełnie zrezygnowany machnął ręką i po krótkiej chwili przeszedł do kolejnego ćwiczenia. Teraz jak to wspominam to mnie to bawi, ale wtedy wcale mi nie było do śmiechu 😜
Drugi z nich miał miejsce po sparingu z beniaminkiem drugiej ligi Drwęca Nowe Miasto Lubawskie. Zagrałem w nim od pierwszej minuty dostając szansę na pokazanie się. Niestety ok. 30 minuty spotkania przy jednej z interwencji tak dziwnie wykręciłem swoje ciało, że coś mi w plecach strzeliło. Dokończyłem pierwszą połowę z ogromnym bólem i zgłosiłem Trenerowi ten fakt w przerwie, prosząc o zmianę. Oczywiście Trener Araszkiewicz w swoim stylu, nie podszedł do mnie mnie pogłaskać, tylko usłyszałem, że „daję Ci szansę na pokazanie się, a Ty mi tu ból pleców zgłaszasz. Posrany jesteś a nie ból pleców” 😜 Nie pamiętam wyniku tego meczu, ale wiem, że do przerwy graliśmy całkiem nieźle i albo remisowaliśmy, albo nawet wygrywaliśmy. Ból pleców był jednak na tyle mocny, że utrzymywał się jeszcze przez ponad tydzień po meczu. Niestety po usłyszeniu takich słów nie mogłem odpuścić najbliższego treningu, bo znowu by było „że w chu** lecę„, więc w poniedziałek zameldowałem się normalnie na jednostce treningowej. Trener zapytał: „jak plecy?” Odpowiedziałem: „że bolą jak cholera„, ale na tym się skończyło i trzeba było zacisnąć zęby i wyjść na trening. Nadal w tej historii nie byłoby nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że w pewnym momencie tego treningu Trener zawołał nas do siebie. Podzielił zespół na pary. Wszystkich dobranych w miarę wagowo i wzrostowo. Wszystkich z wyjątkiem mnie… Ja do pary dostałem dużo niższego Krzysztofa Sikorę, który motorycznie (głównie szybkościowo) był zdecydowanie szybszy ode mnie. Po podziale mieliśmy zagrać w rugby z kryciem indywidualnym 1na1 w wyznaczonych parach. Za zdobycie punktu przez przeciwnika z pary była jakaś kara – już nie pamiętam czy biegowa czy siłowa. W każdym bądź razie wyobraźcie sobie moją radość, kiedy z wykręcającym bólem pleców musiałem zasuwać za małym i szybkim „Sikorką” a na końcu jeszcze realizować kary (na szczęście z tego co pamiętam nie zaliczyłem ich za dużo). Wydaje mi się, że wybór ćwiczenia i dobór pary nie był przypadkowy i „został ustalony” stricte pod moją dolegliwość 😂 Takie sytuacje jednak hartowały i miały wpływ na późniejszy rozwój charakteru piłkarskiego. Pamiętam, że w późniejszym czasie potrafiłem np. zagrać mecz ligowy w IV lidze z kostką wielkości piłki tenisowej (po mocnym skręceniu), grając na lekach przeciwbólowych i nawet strzelić bramkę oddając strzał z ok. 20 metrów (mecz Zjednoczeni Rychwał – Victoria Września przegrany przez nas 3-1).
Z Trenerem Araszkiewiczem miałem jeszcze okazję się parokrotnie spotkać ale już po dwóch różnych stronach „barykady” m.in. w barwach GKS Dopiewo podczas meczów z KS Fogo Luboński Luboń i Wiarą Lecha.
Znam też jego syna Łukasza, który jest sędzią piłkarskim. Łukasz Araszkiewicz wielokrotnie sędziował mecze z moim udziałem na poziomie III, IV i V ligi, a także w Pucharze Polski i wlepił mi podczas nich przynajmniej z kilkanaście żółtych kartek 😜 Jednak zawsze po meczu można było z nim konstruktywne wymienić opinie na temat poszczególnych zagrań i decyzji sędziowskich. Nawet zdarzyło mi się z Łukaszem analizować jedno z wydarzeń boiskowych na stopklatce wideo za pośrednictwem komunikatora internetowego. Szanuję taką postawę!
Podsumowując. Dzięki Trenerze za wprowadzanie mnie w świat piłki seniorskiej. Wtedy był to dla mnie zupełnie nowy, inny świat niż to co działo się w juniorach. Zderzenie z tym światem wówczas mocno hartowało i budowało charakter – jeżeli oczywiście zawodnik młodzieżowy był w stanie dostosować się do wymagań zarówno Trenera jak i samej szatni. Życzę zdrowia i do zobaczenia na piłkarskim szlaku już zapewne w zupełnie innych rolach niż to miało miejsce do tej pory 😜
Żródło grafiki topowej: https://www.przegladsportowy.pl/